Strona główna Blog Kontakt

Rezyliencja i eudajmonia — piękno trudnych słów i trudnego życia...

Nowość

Rezyliencja i eudajmonia — piękno trudnych słów i trudnego życia...

W psychologii klinicznej mówi się dziś o rezyliencji nie jako o stałej cesze osobowości, którą się ma lub nie ma, lecz jako o dynamicznym procesie, na który składają się zasoby wewnętrzne (przekonania, emocje, strategie radzenia sobie) i zewnętrzne (relacje, środowisko, zasoby materialne). Oznacza to dobrą wiadomość: rezyliencji można się uczyć  (można ją budować, krok po kroku, relacja po relacji, kryzys po kryzysie). Ale, że jak kryzys po kryzysie? No i tu zaczyna się ta mniej romantyczna część tej przygody. Dopiero w kontakcie z tzw. stresorem (bodźcem) jesteśmy w stanie wyuczać lub odczuczać się reakcji. Tym samym nie da się uniknąć treningu behawioralnego w drodze do eudajmonii (ups. kolejne trudne słowo), ale przecież jesteś tu świadomy poszukiwaczu, żeby nie uciekać od trudnych słów, tylko poszerzać bogactwo swoich zasobów również słownikowych...czyż nie?

Więc wróćmy do Arystotelesa, bo tak to do niego pretensje w kontekście eudajmonii, ja tutaj tylko przypominam, że coś takiego jest i warto zgłębić temat ;) Eudajmonia, którą można tłumaczyć jako: "eu", dobrze + "daimōn", duch, wewnętrzna istota. Pojęcie zakorzenione w filozofii starożytnej Grecji, przede wszystkim w etyce Arystotelesa. Nie tłumaczy się dobrze na żaden współczesny język ( i właśnie w tym tkwi jego głębia albo kruczek czy też urok, kwestia perspektywy).  Najczęściej przekłada się je jako „szczęście", ale to przekład zdradliwy. Eudajmonia to nie chwilowa przyjemność ("hedone"), nie ulotny nastrój radości. To "rozkwit człowieka". Czyli takie życie, które jest w zgodzie ze swoją naturą, realizowanie swoich najgłębszych potencjałów, działanie zgodne z cnotą i wartościami. Arystoteles pisał, że eudajmonia jest celem samym w sobie, nie środkiem do czegoś innego, lecz tym, czemu wszystko inne służy.

Dlaczego zostawiam te trudne słowa?

Dostawałam komentarze, że „eudajmonia" to za trudne słowo i powinnam je zdjąć. Podobnie z rezyliencją. Rozumiem intencję, chodzi o dostępność, o to, żeby każdy mógł trafić do treści bez słownika pod ręką. To szlachetny cel. Mam do tego nieco inne podejście. Eudajmonia jest pięknym słowem.  Rozkłada się na języku inaczej niż „szczęście",  ma w sobie coś starożytnego, jakiś ciężar i powagę. Kiedy je mówię, czuję, że nie chodzi o weekendową błogość ani o polubienia pod zdjęciem. Chodzi o coś znacznie większego. Właśnie w tym sensie to słowo jest prawdziwe wobec rzeczy, którą opisuje: bo w życiu też czasem to, co trudne, jest piękne albo właśnie trud wydobywa z czegoś piękno.

Pomyślcie o pracy z alabastrem. Kamień jest twardy, oporny, nieobliczalny, ale i delikatny. Rzeźbiarz musi poznać  jego strukturę, wyczuć ziarnistość, pracować powoli, bo jeden niecierpliwy ruch może zniszczyć godziny pracy. A jednak, gdy alabaster zostaje przemieniony w formę, jest w nim coś... Podobnie jest z diamentami czy z hartowaniem stali: metal, który przeszedł przez ogień i gwałtowne schłodzenie, jest mocniejszy niż ten, który tego nie doświadczył. Kolejny przykład huta szkła, gdzie bezkształtna, żarząca się masa staje się czymś przezroczystym i precyzyjnym dzięki oddechowi, ciepłu i rękom człowieka.

Nie chcę, żeby wybrzmiało z tego jedno przesłanie że tylko przez cierpienie i trud możemy się uszlachetnić. To byłoby zbytnie uproszczenie i niebezpieczne, bo mogłoby sugerować, że ból sam w sobie jest cnotą, a jeśli Ci dobrze, to znaczy, że nie pracujesz nad sobą wystarczająco ciężko. Tak nie jest. Ale jest w tym stwierdzeniu ziarnko prawdy, które warto ocalić: nie wszystko, co przychodzi z łatwością, jesteśmy w stanie naprawdę docenić.To właśnie droga wysiłek, czas, energia, które włożyliśmy w daną czynność czyni ją wartościową. Podobnie jest ze słowami. Gdybyśmy zastąpili „eudajmonię" czymś prostszym i bardziej płaskim, zyskalibyśmy na chwilową dostępność, ale stracilibyśmy coś z głębi. Stracilibyśmy zaproszenie do zatrzymania się, do zapytania: co to właściwie znaczy?

Jest jednak coś, o czym nie możemy zapomnieć, mówiąc o pięknie trudnej drogi.

Trud nadaje wartość — ale tylko wtedy, gdy możemy go przepracować i zintegrować. Kluczem jest tu nadawanie sensu: gdy przeżywamy coś trudnego i jesteśmy w stanie zapytać "po co to?, czego mnie to uczy? co z tego wyniosę?" trud staje się materiałem do wzrostu. Czasami jest to możliwe, a nawet wskazane po czasie. Wtedy kiedy można spojrzeć z dystansem na sytuację. Frankl nazywał to właśnie „wolą sensu" czyli instynktem, który każe człowiekowi szukać znaczenia nawet w cierpieniu. Badania nad post-traumatycznym wzrostem  pokazują, że część ludzi po głębokich kryzysach chorobie, stracie, wypadku  opisuje swoje życie jako bogatsze i bardziej świadome niż przed traumą. Trud, który przeszli, stał się dla nich punktem odniesienia, nową miarą tego, co ważne.

Ale!  To „ale" jest tu absolutnie kluczowe "nie każdy trud jest tym rodzajem trudu.  Kiedy układ nerwowy jest przez długi czas nadwyrężony przez przewlekły stres, traumę, brak regeneracji, nieustanne przeciążenie nie buduje już rezyliencji. Zaczyna się niszczyć. Dlatego różnica między trudem, który uszlachetnia, a trudem, który wyczerpuje, nie leży tylko w jego intensywności leży przede wszystkim w tym, czy jest po nim czas na odpoczynek, czy towarzyszy mu poczucie sensu i sprawczości, i czy zasoby są w stanie się odbudować zanim przyjdzie kolejne wyzwanie. Rzeźbiarz może pracować z alabastrem godzinami, ale odkłada dłuto. Wraca następnego dnia. Nie dłubie bez przerwy aż do upadku.

Rezyliencja i eudajmonia — dwie strony tej samej monety

Te dwa pojęcia nie istnieją obok siebie przypadkowo. Rezyliencja to zdolność do przejścia przez trudność. Eudajmonia to,  kierunek, w którym idziemy - rozkwit.

Viktor Frankl, psychiatra i ocalały z obozu koncentracyjnego, pisał, że człowiek może znieść niemal każde "jak?", jeśli ma "dlaczego?". To "dlaczego" - sens, wartości, wewnętrzny kompas - jest rdzeniem eudajmonii. A zdolność do przetrwania i wzrostu mimo cierpienia — to rezyliencja. Razem tworzą coś, co moglibyśmy nazwać psychologią pełnego życia. Nie życia bez bólu. Ale życia, w którym ból nie ma ostatniego słowa.

A co z tym EJAJEM?

Możesz zapytać: „wszystko pięknie, ale po co nam w tej starożytnej układance algorytmy i sztuczna inteligencja?”, czyli mówiąc po naszemu "co ma piernik do wiatraka?"

Odpowiedź jest prosta i... rezylientna. Jeśli eudajmonia to rozkwit, a rezyliencja to zarządzanie zasobami, to AI jest dla mnie zewnętrznym egzoszkieletem dla mojego Nous (czyli rozumu/ducha).

W świecie, który bombarduje chaosem (tym „stresorem”, o którym pisałam), AI nie ma być kolejnym dystraktorem. Ma być narzędziem, które odciąża mój i Twój układ nerwowy. Warto tu sobie poprzypominać rewolucje przemysłową ostatnio, podobne strachy ludzie mieli i żyli. Wyciągnijmy lekcje, teraz naszym tematem nie jest maszyna parowa, mimo, że zapraszałam do Orient Expresu, ale ejaj. 

 

Frankl V. E. (2009) “Człowiek w poszukiwaniu sensu”. Warszawa. Wydawnictwo Czarna Owca.

 

 

Oliwia Witkowska
14.03.2026, 07:51

Komentarze